MUSKAT Jan

[ Powrót do listy ]
     Na Dniach Lajtowych: 2005

Jan Muskat był naszym gościem w 2005 roku.



[26 kwietnia 2002, Krzysiek Walasek]

Rozmowa z Jasiem Muskatem. Dalej zachęcać chyba nawet nie wypada...

W specjalnym wywiadzie dla murki.pl:

Jan Muskat przodownik partyzantki tatrzańskiej

wiek 52 lata

waga 65 kg; ważę niewiele, a chciałbym więcej; nie mogę przytyć

wzrost 179 cm

rozmiar buta (wspinaczkowego) 42,5; mam długie palce i ciągłe problemy z butami

wykształcenie średnie; skończyłem technikum hotelarskie, które dało mi znajomość języków bardzo przydatną w życiu

dzieci córka Marta

staż wspinaczkowy 24 lata; zacząłem późno, Żebro Pietscha było moją pierwszą drogą

ważniejsze drogi

(subiektywny wybór K. W.)

  • Kazalnica, 15:10 do Yumy, V+, A2, miejsce A3, A. Michnowski, J. Muskat, M. Momatiuk,
  • Turnia Zwornikowa, Direttissima, VI, A2+, M. Dąsal, J. Muskat,
  • Sanktuarium Kazalnicy, Superściek, 1. letnie i 1. jednodniowe przejście, R. Malczyk, J. Muskat,
  • Ministrant, Polskie Muppet Show, V+, A3, J. Caban, J. Muskat,
  • Kościelec, Droga pamięci Malczyka, VI+, miejsce A3, Z. Dudrak, R. Krokowski, J. Muskat,
  • Kościelec, Gorzkie gody, VII AF, 15 m A2, J. Muskat, J. Jania,
  • Giewont, Tombe de la neige, VII-, odhaczone z V, A2, J. Muskat, J. Jania.

Murki.pl: Zaczniemy od początku. Urodziłeś się...
Jan Muskat: W Warszawie, 28 stycznia 1950 roku. Tam też skończyłem pierwsza klasę szkoły podstawowej, a potem przeniosłem się z matką do Zakopanego, do rodzinnego domu.

M: Pamiętasz może swoją ulubioną zabawkę z dzieciństwa?
J. M.: Pamiętam taki fakt. Były dwie ulubione: czerwona encyklopedia Trzaski i Michalskiego, która służyła mi i mojemu bratu do odprawiania egzorcyzmów. On był księdzem, a ja ministrantem. A druga rzecz to były narty, które matka wsunęła mi, jako sześcioletniemu chłopcu do łóżka. Spałem z nimi, cały czas miałem je przy sobie — one były najważniejsze.

M: A jakim byłeś uczniem w szkole?
J. M.: Miernym. A to dlatego, że jestem w ogóle wstydliwym człowiekiem. Wszystkie wywiady są dla mnie strasznym przeżyciem, zawsze tracę kilogramy, np. właśnie teraz, rozmawiając z tobą. Nie lubię gadać do publiczności. Nie lubiłem być wywoływanym z ławki na środek. Właściwie nie wiem, czego się bałem. Niektórzy są tacy, że pchają się przed kamerę i tam się świetnie czują, czasami gadając straszne bzdury. A ja mam dużą dozę samokrytyki, rozpoznaję swoje błędy i jak już się zdenerwuję, to mnie zatyka.
Na przykład na egzaminie na instruktorów każdy miał opracować jakiś temat. Ja wylosowałem „buty wspinaczkowe” i potem, po wyjściu na środek, coś tam o nich mówiłem. Nie robiło to na mnie akurat wtedy jakiegoś wrażenia, bo przecież wokoło byli sami znajomi. Natomiast jeden chłopak wstydził się, chciał odpowiadać z miejsca, a po wyjściu na środek, ani be ani me. A miał przygotowany świetny referat. Tak się zdenerwował. I ja mam chyba podobnie.

M: Kto Cię wprowadzał w arkana wspinania?
J. M.: Sam siebie wprowadzałem w jakimś sensie, a przede wszystkim strach i ciekawość gór. Na Orlej Perci bałem się tych niesamowitych przepaści i widząc ludzi wspinających się na przykład na Zamarłej, patrzyłem na nich jak na jakichś bohaterów. I chciałem coś takiego kiedyś bardzo zrobić.
A bezpośrednio pomógł mi w tym Marek Szczęsny, bardzo dobry malarz, mieszkający obecnie w Paryżu. Był w GOPR–ze, wspinał się z Michałem Jagiełło i Jackiem Rojem. To był taki GOPR–owski team, który się chyba najwięcej wspinał. To wszystko działo się w końcu lat 60–ych i na początku 70–ych.

M: Mieszkasz blisko Tatr...
J. M.: Tak! Ze swojego okna widzę teraz Hawrań i Murań — jak na dłoni. Lodowy jest zasłonięty, reszta też. Widać Koszystą i całą grań do Giewontu. Zachodnie: z Wielką Turnią, Małołączniakiem i Krzesanicą. Nosal naprzeciwko mnie i ta ściana Giewontu — jak to pięknie powiedział Maciek Rysula — skazany na Giewont.

M: Ja mogę Ci się zrewanżować widokiem morza z mojego okna...
J. M.: Pamiętam, jak byłem w Stanach i przejeżdżaliśmy tą „number 1” nad Pacyfikiem. Spałem na dworze, nad morzem, na plażach — to było piękne. Ten szum fal... To inny rodzaj żywiołu, z którym mam mało do czynienia, ale wiem, że morze potrafi być bardzo, bardzo trudne. Zwłaszcza dla tych samotników, na przykład na tratwach. To jest bohaterstwo, ale inne. W górach my jesteśmy sami, a tam jednak jest ta łódka albo stateczek. Nie mówię, czy to jest lepsze, czy gorsze, czy łatwiejsze — to po prostu inne. Inny żywioł. Podziwiam go, ale jakoś mnie nie ciągnie do przemieszczania się w kajaku przez ocean.

A propos wody: był gdzieś taki artykuł Stefana Glowacza o nowej drodze na Ziemi Baffina. Cały artykuł był poświęcony niedźwiedziom, przeprawom kajakami i innym przeżyciom, a na temat wspinania było jedno zdanie. Na ludzi z gór morze robi olbrzymie wrażenie.

M: I często jest tak, że ludzi z gór ciągnie nad morze, a tych z wybrzeża w góry. To dlaczego zainteresowały Cię Tatry?
J. M.: Może ta forma? To jest jak taka naturalna rzeźba... te granie, zacięcia, kominy, to wszystko. Ja w ogóle lubię zatrzymywać wzrok. Jakoś tak pokochałem te Tatry.

M: Podobno zacząłeś regularnie ładować po blisko 15. latach wspinania.
J. M.: Umówmy się od razu — ja nigdy nie ładowałem. Prowadziłem dom otwarty, przez który przewijało się mnóstwo ludzi, zwłaszcza wspinaczy. Podciągaliśmy się, jak mieliśmy za dużo energii, na drążku czy na listwie. Dochodziłem do całkiem pokaźnych ilości. Jako młody bawiłem się w lekkoatletykę, w bieganie, ale to wszystko była taka chłopięca zabawa. Troszkę kulturystyki ćwiczyłem przez jakiś czas, miałem z kolegami zrobione sztangi... I podciągałem się. Ale tragedią moją było to, że mając silne ręce, w ścianie paraliżował mnie strach. Miałem normalny lęk przestrzeni, który później wyleczyłem. Na jednej ręce podciągałem się nawet; na dwu — 30 razy, a szóstkowej drogi nie mogłem zrobić. Wszystko rozgrywa się w głowie! Ja to widzę po klientach, po sobie samym. To polega na tym, że jeżeli odpuści cię strach, to okazuje się, że płyniesz po tej skale.

Na początku miałem słabą technikę. Przyjaźniłem się z Ryśkiem Malczykiem i jeździłem powtarzać jego drogi, które miały już więcej niż VI czy VI+, a za cholerę nie mogłem ich zrobić. Wreszcie wypracowałem technikę, stawiałem lepiej te swoje kikuty i w końcu lepiej się wspinałem.

Najtrudniejszą skalną drogą jaką zrobiłem, oczywiście po treningu, po przymierzaniu się, gdzieś tam za dziewiątym czy dziesiątym razem, była Studenten Futter w Jarońcu. Sam ją ospitowałem, sam ją przygotowałem i ona jest IX-. A potem dziesiątkową drogę zrobiłem środkiem prawej części Siwiańskich Turni. Też ją przygotowałem, przeszedłem na wędkę, potem ją poprowadziłem w dwu wyciągach, ale nieczysto. Coś tam źle zrobiłem, ale uważam, że mogę ją sobie zaliczyć. Ona jest X-. Nie znaczy to wcale, że ja poprowadzę każdą X-. I to jakoś mnie nie za bardzo bawi. To było też przygotowanie się do zimy, może trochę podświadome. U nas, w Zachodnich, są nie tylko trawki, ale i drogi mikstowe. Lubię takie wspinanie, tak zwany „dry tooling”, takie brzydko brzmiące suche przyrządy. Na ścianach czasami nie ma trawy, ale są rysy, zadziorki — można te czekany wieszać. Właśnie piszę podsumowanie przejść, a z chłopcami porobiliśmy naprawdę trudne drogi. One są w zasadzie skałkowe, krótkie, mają po wyciągu, ale otwierają świadomość na to, co możemy zrobić z dwoma czekanami.

Kiedyś zimą chodziło o to, by jak najszybciej postarać się przejść drogę, łapiąc się wszystkiego, czego można. Szkoci natomiast wspinali się cały czas klasycznie, łapali haki i wisieli w dziabach. Ileś tam lat temu, kiedy spadło dużo śniegu, zastawialiśmy się z moim partnerem Rochem Krokowskim, który jest w Stanach, jaka formacja na murze Raptawickiej ma na tyle dużo traw, że puści nas klasycznie. Wybór padł na drogę Ryśka Malczyka, Wyżni Kominek. Udało mi się zrobić to klasycznie. To jest VI+, ale zimą jest to tyle, co latem VII+. Wsadzasz w to tyle energii i wysiłku, że doszliśmy do wniosku z Kacperkiem, że to można tak porównać. A jak na początku lat 80–ych chodziłem i mówiłem ludziom, że zrobiliśmy coś takiego, to patrzyli na mnie jak na idiotę, czy wariata. Muskat zwariował, chodzi i opowiada bzdury. To był wzorzec tej zimowej klasyki, od tego wyszliśmy, wyceniając późniejsze drogi. I po jakimś czasie okazało się, że ludzie zaczynają się tym interesować, a teraz to już dzwonią do mnie i pytają o trudne drogi klasyczne. Na ten temat to można by w ogóle gadać bez końca, ale wiesz jak jest...

A w ogóle to zrobiliśmy taką drogę na Wielkiej Turni — Wiesz jak jest. Takie ironiczne, bo tam było trudno po prostu. Wiem, że nawet Janusz Gołąb stamtąd zjechał, bo nie miał czasu... Myślał, że będzie dużo łatwiej, że to się szybko sieknie, a tu droga przytrzymała za gardziołko... lekko...

Ostatnio robiłem taką drogę w zimie, z moimi klientami — świetnymi chłopakami. Ale oni się dosyć wolno wspinali i ja postanowiłem tą drogę zrobić na żywca. To było IV czy IV+, na Mnichach Małołąckich, zresztą to moja droga, która nazywa się Ceprostrada. Spędziliśmy tam siedem godzin, bo chłopcy tak długo to robili. Po wyjściu ze ściany byłem tak zmęczony, jakbym wszedł na Everest i wrócił z powrotem na kolanach. Jednak się męczyłem, bo te przejścia szybkie, solowe mają to do siebie, że są krótkie. Nie mówię tu o Cesenie, który siedział gdzieś tam po 30 godzin, ale o tych mniejszych wspinaczach. Jednak nie doszedłem do tego, by zupełnie wyeliminować z siebie te niepotrzebne emocje.

M: Masz jakąś dietę?
J. M.: Unikam mięsa. Nigdy mi nie wchodziło. Jem trochę drobiu, ryby, ale głównie to jarzyny — dużo surowych. Kiedy przygotowuję kanapki i dla siebie i dla klientów w góry, robię je tylko z jarzyn, krojonego, nie gotowanego buraka, z ogóreczka, cebulki i pomidorka posypanego solą czosnkową. Dodaję jeszcze trochę dobrych przypraw i te kanapki po prostu znikają, ludzie sobie je wyrywają. Smakują one dużo lepiej niż na przykład z szynką.

A poza tym, jak byś się tak dokładnie przyjrzał mięsu, wsadzając je pod mikroskop, to byś pewnie nigdy więcej nie wsadził tego do ust. Robiłem takie doświadczenia — i o ile pomidor to kryształ, czysta barwa, to mięso jest brudne, ruszające się i w brzydkich kolorach. Choć zdarza się, że wchodzę do sklepu, kupuję pęto kiełbasy i zjadam na poczekaniu. Ale to mi się przytrafia raz na jakiś czas. Mam znajomych, którzy też nie jedzą mięsa i lepiej się czują, nie chorują, są świeżsi.

M: A nałogi?
J. M.: Palę papierosy! Nie piję wódki, bo mi nie wchodzi. Źle się po niej czuję. Kiedyś piłem dużo więcej. To było moją zmorą, bo potem miałem kaca, a na kacu źle się wspina. Oczywiście jakieś dobre winko czy niemieckie pszeniczne piwo, to jak najbardziej. Natomiast cygaretki — to jakieś dobre, ale na to idzie dużo pieniędzy i czasu. Rozkładam paczkę na dwa dni, ale jak się wspinam, to w ogóle nie palę. A jak wracam wieczorem do domu, to z radością zapalam sobie papierosa. Jest to na pewno nałóg, od którego w życiu miałem kilka przerw — jak wyjeżdżałem w Himalaje i Pamir. Ale teraz popalam i wiem, że to mi na pewno nie pomaga.

M: Jaki masz sprzęt wspinaczkowy?
J. M.: Mam Vampiry. Świetny czekan. Polecam go wszystkim. Lubię sprzęt oglądać, przekładać. Opowiem krótką historię o znajomym, Maćku Rysuli. On niestety już nie żyje, zginął w Alpach. Zadzwonił kiedyś do mnie jego ojciec i mówi, że martwi się o syna, bo on nic innego nie robi, tylko siedzi u siebie w pokoju i przerzuca haki. Wyjmuje je i patrzy na nie, na te cuda, które zrobili Amerykanie — cieniutkie haki, przepiękne kostki i tak dalej...
Też tak lubię...

M: Czy masz jakieś autorytety wspinaczkowe?
J. M.: Nigdy w życiu nie miałem żadnych idoli. Ale podziwiałem ludzi za lekkość we wspinaniu. Podobnie pisarzy, malarzy, którym pewne rzeczy przychodziły z łatwością. Mi raczej wszystko przychodziło ciężko, nie byłem talentem i musiałem wkładać we wszystko dużo pracy. Może dlatego to potem dawało mi więcej satysfakcji i radości. Dlatego też jestem wierny wspinaniu.

A w ogóle to wychowałem się na Długoszu, Terray'u, Bonattim. Z tych ludzi, którzy mi na pewno bardzo zaimponowali, to Jim Beyer — niesamowity facet, który nie bał się niczego i robił takie rzeczy, że jego drogi nie są powtarzane; on wyszedł poza swoje pokolenie. Wojtek Kurtyka — bardzo go lubię i cenię; maszyna do wspinania, twardy facet, ma nieprawdopodobny reżim; himalaiści — począwszy od Messnera, Wielicki, Pawłowski, Bonington, też Don Wiliams i Ludwik Wilczyński. Mógłbym wymieniać bez końca, ale oni nie byli idolami. Może matka — przez jakiś czas, bo ją kochałem, ona mnie wychowała.

Cenię też ludzi za piękną muzykę — jak słucham Garbarka, to myślę, że jest to najpiękniejsza muzyka, jaką ktokolwiek stworzył na świecie. Jestem wdzięczy ludziom za to, że potrafią mi umilić życie.

M: Twoja działalność zbiega się w czasie z Nową Falą, głównie reprezentowaną przez środowisko Krakowa. Czy czułeś jej wpływ?
J. M.: Cenię tych ludzi za nieprawdopodobne umiejętności. Ta Nowa Fala, Rico, Kaskaderzy, i tak dalej TO byli faceci... Ja ileś lat tam się wspinałem, bardzo tak okropnie — droga mogła być trudna, byle nie eksponowana. Powoli, powoli ten strach mi mijał. Po iluż latach dopiero poszedłem na Kazalnicę!
Kazalnica była dla mnie mitem największych umiejętności, szczytem odwagi, bohaterstwa. Tak, że jakiejś jesieni pojechaliśmy tam z Markiem Danielakiem. Obozowisko było puste i wtedy zrobiliśmy Sprężynę, Długosza, Diretissimę — okazało się, że można. Ale daleki byłem od tych wielkich przejść, odhaczeń i tych spraw letnich. To inny typ wspinania... Może nie inny — to byli po prostu lepsi faceci.
Naszym najlepszym prowadzącym, jeśli chodzi o lato, był Marcisz — nie ulega wątpliwości. Jest to zresztą bardzo kontrowersyjna postać, mająca różne kłopoty, on był zawieszony za jakieś tam nieprzyjemne rzeczy. Rico, Rysiek Malczyk, on był moim bliskim znajomym, bardzo się przyjaźniliśmy, mówił, że jak przyszła nowa fala tych młodych ludzi, to jemu odechciało się wspinać. Prysł mit tego piękna, tej przyjaźni. Po prostu było inaczej. I jak później okazało się, wspinał się z Marciszem. Te wszystkie wielkie odhaczenia, Piotrek Korczak, to byli wielcy faceci!

M: Czy rywalizowałeś z jakimś kolegą, by podnieść swój poziom?
J. M.: To było tak — ja powtarzałem bardzo trudne drogi Rica w Zachodnich i robiłem jakieś nowe. Uwielbiałem wytyczać, byłem ciekawy co tam jest, czy to puści czy nie puści... A Rico powtarzał te drogi. Dużo ich było — różnych, krótszych, dłuższych, na Organach, na Raptawicy, na Stołach... On zrobił Taniec na stole i powiedział, że to nie do odhaczenia. A potem rok, czy dwa lata później przyjechali Amerykanie i żeśmy to odhaczyli. Taka to była zabawa... Była to jakaś rywalizacja, która zmuszała mnie do bardziej trzeźwego życia. To było ważniejsze niż to, co tutaj, na ziemi. To dawało więcej zadowolenia i radości.

M: Partnerzy wspinaczkowi — co o nich powiesz? Wspinałeś się z Dąsalem...
J. M.: Mnóstwo ich było... A z Falko robiłem wiele dróg. Był bardzo apodyktycznym, ale cudownym człowiekiem, z olbrzymim parciem do przodu, świetnym partnerem na zimę. Przecież droga Do widzenia jest do dzisiaj nie powtórzona. I jeszcze Wiesz jak jest — też razem, Środek Monolitu — ma tylko jedno przejście. Na Kazalnicy Cubryńskiej też robiliśmy jakąś drogę. Dużo się z nim wspinałem, i w górach, i w skałkach. Musiałbym siąść na dłużej, by więcej sobie przypomnieć. No wielki facet, po prostu wielki facet. Był himalaistą i wielkim wspinaczem zimowym.

Robiliśmy razem też np. Studnię na Kazalnicy Miętusiej. Połączyliśmy zespoły krakowski i zakopiański — Studnia padła. Zarzucano nam później, że tego nie zrobiliśmy, bo dochodziliśmy innymi wariantami, że w górze nie robiliśmy tego wyciągu A3, który tak naprawdę nie ma tyle. Nasz wariant był trudniejszy — haczyliśmy chwilowo nawet w dół!


Przed śmiercią, jak wyjeżdżał, to spotkałem się z nim i powiedziałem:
— Falko, co się dzieje? No przyjedź... Stale jeździsz w te Himalaje, ryzykujesz, a my się w ogóle technicznie się nie wspinamy...
A on na to:
— Wiesz, mam tego dość. Nigdzie nie mogę wejść. Nic mi nie wychodzi!


Był pracowity, robił za innych, a jak przychodziło co do czego, to nie wchodził na szczyt. Przecież on nie wszedł na żaden ośmiotysięcznik! Był powyżej ośmiu tysięcy, ale nie wszedł. Mieliśmy wiele chwil spędzonych razem — imprez i wspinania. On i jego były partner, Kozaczkiewicz, który zginął z Bujakiewiczem na Słowacji, to byli też moi partnerzy. Mnóstwo moich partnerów poumierało — Marek Danielak...

Natomiast mało wspinałem się z Ryśkiem Malczykiem, a to ważny partner. Robiliśmy na przykład pierwsze letnie przejście Superścieku... Nie zostało ono chyba nawet odnotowane w ostatnim podsumowaniu w Górach. Jest mi żal... To była wielka sprawa. Rysiek to przejście w swoim kapowniku oznaczył czerwoną ramką z dwoma wykrzyknikami — czyli zaliczył do bardzo wymagających. Pierwszy wyciąg został zrobiony prawie czysto klasycznie, drugi i trzeci oczywiście hakowo — to ja prowadziłem te wyciągi. Zdarzyło się nam przecięcie liny i w ogóle te trudności... Takie przejście buduje historię taternictwa i facet, który robił to zestawienie, dał ciała.

M: A co obecnie tworzy historię wspinania w Tatrach?
J. M.: Mówię teraz o tym, co dla mnie jest ważne. Na Słowacji — 130—metrowa wapienna rysa, Kokotland. Następnie taka droga Sodoma i Gomora, którą zaczęliśmy w lecie, a skończyliśmy w zimie — tak skutecznie się umawialiśmy. Robiliśmy ją po kawałku. Potem pierwsze przejście tej długiej, paronastowyciągowej drogi na Małym Hawraniu, Havranie Kridla. To droga nie żyjącego już Vlado Tatarki. Robiłem ja trzy, czy cztery lata temu. Byłem z tego bardzo dumny, bo to taka nietypowa droga. Vlado przewidział na powtórzenie jej 2 dni, my zrobiliśmy ją w 10 godzin.
No i te małe, śmieszne dróżki, te śmiertelne drogi Ryśka Malczyka, które powtarzałem. Tam osiągałem szczyt swoich umiejętności. Ktoś może się z tego śmiać i mówić, co to tam takie... No ale proszę to zrobić! Proszę, niech ktoś przyjdzie i to zrobi. Ileż to kosztowało spręża i koncentracji i ile jeszcze roboty było z tego.

M: A teraz, czy jesteś samotny na podwórku tatrzańskim „w te klocki”? Masz jakąś konkurencję czy naśladowców?
J. M.: W tym roku chłopcy odhaczyli taką moją starą zimową drogę Ostatnie tango. Biegnie ona na północnej ścianie głównego wierzchołka Giewontu. Ja tam azerowałem, dwa razy chyba. Ale to były stare czasy. Myśmy się wtedy jeszcze słabo wspinali, tak uważam. W tym roku przeszli to klasycznie i byli bardzo zadowoleni — mówili, że droga jest bardzo, bardzo trudna.
Jacek Jania jest świetny — robiliśmy razem Tombe de la neige — to on odhaczył te V, A2. Był to też pierwszy raz, gdy ośmieliliśmy się zaproponować wycenę VII- w skali zimowej.
I widzę też jedno, co mnie bardzo cieszy — te moje drogi zostają zauważone i powoli zbierają się tzw. kolekcjonerzy. Dowiaduję się, że zrobili już taką, i taką — to bardzo miłe. Zostawiamy po prostu na drogach cząstkę siebie.

M: Mirosław Dąsal, z tego co wiem, był hippisem. Czy Ty też masz taki epizod w swoim życiu?
J. M.: Mirek? Nie! No bzdura kompletna! U mnie ten hippizm był i się tego nie wstydzę. Ale nie jako ideologia, tylko jako chęć uniezależnienia się od tej tragicznej szarości i od tej bezdennie głupiej, szarej i brudnej komuny. To było wszystko. Nosiłem długie włosy jako bunt. Nosiłem bardzo długo również brodę — zapuściłem ją w szkole w latach 1968–69 — to była walka o moją niezależność. A z ludźmi tego nurtu znałem się, wielu z nich przyjeżdżało tu... Potem zrobiłem selekcję, bo spora część z nich została narkomanami, pierwszymi w Polsce zresztą, jadąc najpierw na kleju, a potem na polskiej heroinie. Dla mnie to były takie śmieszne zabawy, bardzo krótkie.
Natomiast Falko to pomyłka. Może wzięło się to stąd, że się ze mną przyjaźnił? Był zresztą bardzo otwarty. Może chodziło o jego wygląd? Dla ludzi z zewnątrz jak nosiłeś brodę i długie włosy, to już byłeś hippisem. Ideologów w Polsce dobrze znałem, to był Prorok, Rysiek Terlecki zwany Psem i Marek Liberski — Baluba. To byli wszystko wolni ludzie, dziś na odpowiedzialnych stanowiskach, którzy mieli dłuższe włosy. Oczywiście za tym szła cała hołota, hippisowska Polska od ćpania. Ale tych od ideologii było dwu, trzech...

Mnie osobiście interesowały koraliki, kolory, bo w komunie było tragicznie. Głupie dżinsy przywiezione z Zachodu — patrzyło się na nie, jakby to był ósmy cud świata. Lata sześćdziesiąte to moda na kolorowe skarpetki — jak ja dostałem takie żółte od ciotki ze Szwajcarii, kochanej zresztą, to świeciłem na Krupówkach! Ten hippizm w moim życiu to był rok czy półtora, aczkolwiek odcisnął się bardzo mocnym piętnem na mojej późniejszej opinii, zresztą takiej bardzo nieprzyjemnej. Ja się nie mam czego wstydzić, bo ja nic złego nie robiłem. (śmiech) No to, że ty sobie spróbujesz coś tam, to nie znaczy, że robisz coś złego. Jeśli to nie staje się codziennością, nie ćpasz, raz na jakiś czas puścisz sobie dymka, czy coś weźmiesz — to w tym nie ma nic złego. To jest wszystko dla ludzi. Chodzi o to, by nie być uzależnionym — to jest piękne! Chociaż nie — ja jestem uzależniony, ale od gór... W jakimś sensie — bo muszę w nie chodzić, bo uczę, bo muszę się wspinać, bo tym żyję. O!

M: Jakie są Twoje ulubione rejony wspinaczkowe? I co Cię najbardziej bawi we wspinaniu?
J. M.: Tatry Zachodnie, jest mi tam najbliżej. Aczkolwiek jest to w dalszym ciągu teren tabu. Sądzę, że w ciągu najbliższych paru lat sytuacja się zmieni. Te nieprawdy, te zakłamania parkowe i tych pseudonaukowców — to wszystko się cofnie, bo to są wszystko jedne wielkie bzdury. Już Paweł Skawiński, dyrektor Parku dał temu przykład, cytując i mnie, i Kacperka, zupełnie bezwiednie na zebraniu Polskiego Związku Alpinizmu, mówiąc o tym, że pewne rejony można otworzyć, a jak kozice mają tam młode, to możemy im odpuścić miesiąc, by ich nie straszyć i tak dalej. Helikopter lata w Zachodnich — to jest pomoc i wyzwolenie dla ludzi, ale dla zwierząt jest to tragedia. Jest to tak straszny huk, jest to tak nienaturalne i tragiczne, że jak można mówić o jakimś tam wspinaczu, który się gdzieś tam wspina i jeszcze lewituje, bo to jest zima i chodzi po zamarzniętych trawach — jak to się ma do siebie?

Jestem ochroniarzem skały — to znaczy mam wrażenie, że wszystko co na niej rośnie powinniśmy wywalić. Roślinność naskalna rośnie pod ścianami, a nie na skałach! Jeśli trawy porastają skałę, tak jak na przykład na Wielkiej Turni, to skała się rozsypuje. I o ile Zachodnie nam zarastają, to będąc na Mnichu, zauważyłem, że te wszystkie rany po młotkach się zabliźniły, kopuła szczytowa wygląda lepiej niż 20 lat temu. Tylko ścieżka jest bardziej zniszczona. My jako wspinacze jesteśmy zerowym zagrożeniem dla środowiska. Głównym zagrożeniem jest cywilizacja. Złe nośniki energii, diabelskie pomysły polityków — wybetonować Tatry i nic tylko startować na Marsa. Ochrona przyrody tak naprawdę się nie liczy, hasła są na chwilę, a potem jest wojna i wali się z dział do posągów! Atak na nas jest czystym nieporozumieniem i chęcią wykazania się naszych rangersów. Dwóch czy trzech, którzy pilnują lasu, powinno mieć radio, a reszta niech zbiera śmieci i przygotowuje skałki.
Jeśli otworzą się Zachodnie Tatry — znam je najlepiej, są piękne, dzikie i dające nieprawdopodobne możliwości — to tak samo rejon Hali Gąsienicowej i Morskiego Oka, gdzie spędziłem całą swoją wspinaczkową młodość. Mam około dziesięciu zimowych dróg na Kazalnicy. Ja dość mocno trzymałem się Polski, choć jakieś tam nowe drogi na Słowacji też mam. Zacząłem penetrować Tarty Bielskie, powoli zaczyna już wypadać spotkać się i z innymi, większymi ścianami. Ale teraz nie mam czasu na to. Lubiłem koncentrować się na Hali, na Zachodnich, jak już zrobiłem wszystkie drogi w rejonie, to się przenosiłem na inną ścianę. Nie mam już tylu sił w sensie takiego harcerstwa. By iść do Białej Wody czy gdzieś tam dalej, potrzeba dużo energii, trzeba tam dojechać na rowerze, a w zimie podejść, przenocować, by załoić jakąś dobrą drogę... Chociażby pod Lodowy — to jest już poza granicami. Ja na miejscu czuję się jak u siebie — tu jest moja ojczyzna. To mi w zasadzie wystarcza, choć te inne rejony też są ciekawe. Sądzę, że wiele osób jeździ daleko i traci czas, bo jest dojście, czeka się na pogodę. Alpy chociażby są wymagające, musisz tam dojechać... Ale to wszystko zależy — jak ludzie chcą się tam wspinać... Ja uważam, że Tatry są bardzo wymagającym boiskiem sportowym, a są słabo rozreklamowane. Piękne, dość łatwo dostępne, niebezpieczne ze względu na lawiny. Rokrocznie jest przecież wiele ofiar. Tatry mają duże możliwości, zwłaszcza w zimie. Ja mam takie rejony, gdzie jest stuprocentowo bezpiecznie, nic mi nie grozi. I te skałki podtatrzańskie, do których jest łatwy dostęp, są drogi i stumetrowe i... Parę dni musiałbym wymieniać miejsca, gdzie idę, jak jest bardzo lawiniasto, a mam klienta i nie chcę ryzykować. W Tatrach mamy spore ściany, po 700–800 metrów, ale mamy też dużo takiego rozgrzewkowego wspinania, które można zrealizować małym kosztem. Przyjeżdżasz, wchodzisz, następnego dnia jesteś w pracy, jesteś szczęśliwy, herbata ci lepiej smakuje, uśmiechasz się do szefa. Jest ci lepiej.

M: Jakie są Twoje preferencje wspinaczkowe?
J. M.: Ja się skłaniam ku zimie, która mnie najbardziej interesuje, aczkolwiek skałki i wyższe ściany są dla mnie w lecie osobnym punktem treningowym i sportowym samym w sobie.

M: Co sądzisz o innych górach?
J. M.: Góry Norwegii są inne, przerażające, trudne i piękne. Himalaje też są cudowne, ale te długie trekingi, jest to bardziej szkoła przeżycia. Choć mogą być kwintesencją wspinania, jeśli będziemy to robić jak Babanow, czy jak Cesen, któremu wierzę, że porobił te rzeczy, o których mówił. Czy jak Wielicki, który jest bardziej takim chodziarzem górskim. Ja nie twierdzę tu, że to nie jest trudne, bo wysokość jest tragicznym wyzwaniem — w Himalajach zimą ginie statystycznie jeden na dwóch wspinaczy! Czyli połowa — tak pokazują statystyki.

Pamir, w którym byłem, jest daleko — ja lubię do domu wrócić, przeczytać dobrą książkę, czasem włączyć telewizor, pośmiać się ze znajomymi i jakiś taki rodzaj harcerstwa jest mi już obcy. Tatry są piękne i cudowne. Ci, którzy chcą robić większe ściany, to będą jeździć na Kieżmarski czy na coś tam. Jedyna rzecz, która nie jest fajna, jeśli chodzi o sprawy estetyki, o czy mówił Wojtek Kurtyka, a ja to też zauważam, to zdjęcia z Zachodnich. Nawet fotografie z bardzo ekstremalnych dróg, jeśli mają trawę w kadrze, to ona rozkłada pod względem kompozycyjnym i estetycznym całość ujęcia. Tylko to. Ale w ogóle poezja wspinania się w zamarzniętych trawkach jest rewelacyjna.

M: Co zwojowałeś z ekipą na wyjeździe do Norwegii?
J. M.: Za późno pojechaliśmy tam. To ja zresztą opóźniałem ten wyjazd, bo wydawało mi się, że trafimy na lepszą pogodę. Okazało się, że musi być to luty, w ogóle nie ma mowy. Zespół polski składał się z trzech znakomitych wspinaczy: Marcina Tomaszewskiego, Kuby Radziejowskiego i jeszcze jednego faceta od sakramencko trudnych przechwytów. Walczyli na Drodze Norweskiej, zrobili 160 metrów, i po zejściu lawiny, która poszła z lewej strony filara, wycofali się. Lawina miała 300 metrów długości, 8–10 metrów wysokości i 70 szerokości. Jak dwa dni później byłem na niej, a tamtędy my mieliśmy wejść w drogę, to wiedziałem, że nie damy rady. Tam zostało jeszcze z 80–100 metrów śniegu doklejonego do ściany. Wiedziałem, że wcześniej, czy później to wszystko wyjedzie. Musielibyśmy założyć tam poręczówkę. Oczywiście ja powiedziałem, że rezygnuję, że najchętniej to bym sobie przeszedł Filar. W ogóle nie było warunków wspinaczkowych, ponieważ nawet lodospady powoli zanikały. Było albo ciepło, albo padał śnieg. I w związku z tym, że te lawiny bez przerwy schodziły, nie było mi żal. Chłopcy wycofali się po chyba czterech dniach pobytu i wyjechali. Potem wybraliśmy taką 1000 metrową ścianę Montemiura. Były tam trzy czy cztery drogi. Coś tam zaczęliśmy robić, to szło bardzo opornie, od startu było bardzo trudno. Wspinaliśmy się w fatalnych warunkach. Byli z nami dwaj filmowcy, którzy chcieli nakręcić materiał o bohaterach, którzy zrobią nową drogę w Norwegii. A tej drogi nie zrobili... śmiech Z tego materiału chcą zrobić jakiś film. Co on pokaże? Naszą niemoc, może i nasze dobre chęci... Nie wyszło po prostu.
Na tym Montemiurze, gdzie zresztą poleciałem tak z 10 metrów, pierwszy raz od kilku lat, wyrwałem rurpy i zgubiłem swój czekan ukochany — Vampira. Znaleźli go Norwegowie i dzwonili, że jest do odebrania.
Przeszedłem potem to miejsce jeszcze raz. Jak znalazłem się ponownie w miejscu, z którego spadłem, pod pionowymi płytami pokrytymi śniegiem, to znalazłem ślady wspinaczy. Okazało się, że jesteśmy na próbie Norwegów. Oni urobili kilkadziesiąt metrów i wycofali się. Myśmy chcieli to zrobić, ale warunki były tak złe, że w zasadzie bawiliśmy się tylko, by mieć zajęte ręce.
Codziennie wracałem przemoczony, nawet goreteksy nie pomagały, bo woda wlewała mi się rękawami. Norwegowie mówili, że to był okres na chodzenie na nartach po fiordach, a nie na wspinanie się. I mieli rację. Poza tym brakowało nam pieniędzy, mieliśmy bardzo drogie mieszkanie, logistycznie niezbyt dobrze opracowaliśmy wyprawę. Następnym razem będzie można coś zrobić.

Podziwiam Gołębia, Fludera i Piecucha za Arch Wall. Wielkie ukłony w ich stronę. Podziwiam Piotrowskiego z tą znakomitą ekipą za Filar. Robili go 11 dni! Przejście rekordowe miało dwa dni, ale w rewelacyjnych warunkach, kiedy było dużo lodu i po tych płytach faceci śmigali. Podziwiam wszystkich, którzy wspinali się na Ścianie Trolli — to jest olbrzymie wyzwanie. Muszę pojechać kiedyś i zrobić chociaż ten Filar. Nie chce mi się wisieć w jakichś mohutnych hakówkach, ale Filar to bym zrobił. To by mnie bardzo interesowało. W Norwegii są wielkie drogi — w przewodniku znalazłem wspinaczkę lodową mającą 1300 metrów. Wyobrażasz to sobie? Kaskada Losar ma bodajże 700 czy 800 metrów.

M: A jak nauczyłeś się haczyć? Oczywiście piję tu też do Twojej drogi Nauka haczenia A4+.
J. M.: Haczyć nauczyłem się ze strachu. Pierwsze moje prowadzenie na Kominie Stanisławskiego polegało na tym, że poszedłem parę metrów, obiłem się pajęczyną haków i tam zostałem. (śmiech) Ja się dobrze asekurowałem, bo nie chciałem się zabić. Kocham życie. Potem pewne ściany wymuszały na mnie haczenie. Raptawicka Turnia — ja chciałem klasycznie, a okazywało się, że to trzeba hakowo. Tak też było z Nauką haczenia, chociaż sądzę, że Krzyż Pański jest trudniejszy jako całość drogi. Myślałem, będzie dry tooling, że ja tam zabłysnę, a okazało się, że to nie ja, nie teraz, może inni i w innym pokoleniu. Dobrze wbijałem haki, bo robiłem to co pół metra i w końcu nauczyłem się.

M: Czy sam robisz haki? Słyszałem, że do Krzyża Pańskiego używałeś haków bardzo specjalnych.
J. M.: Nie. Do Krzyża Pańskiego dorabiałem haka, taki gruby dziobek, ale nie użyłem go. Nie miałem dużego copperheada, ale w końcu wbiłem coś innego. Na Nauce haczenia po raz pierwszy użyłem w wapieniu copperheadów.

M: Masz ciekawą końcówkę numeru telefonu — 007. Przypadek?
J. M.: Jasne. Dostałem go jeszcze za komuny. Tu przed wojną był telefon, ale potem górale pościnali słupy i przez następnie dwadzieścia czy trzydzieści lat czekaliśmy z matką na telefon.

M: Jak długo wykluwają się pomysły na kolejne drogi?
J. M.: Błyskawicznie, od razu. Ja je już widzę. Biorę lornetkę albo aparat fotograficzny, analizuję zdjęcia i cyk — jest! To wszystko tak, jakbyś malował, rzeźbił. A zaczęło się chyba od tego, że jedna z pierwszych moich dróg robionych z Markiem Harasimowiczem na Kozich Czubach od strony Koziej Dolinki, wiedzie taką formacją, która jest zupełnie niewidoczna. Tam jest taka przewieszona rysa, waliliśmy tam kołki, potem szliśmy klasycznie i następnie hakowo. Wyciąg kończył się w granitowej nyży, olbrzymiej grocie o idealnie równych ciosach. Coś nieprawdopodobnego! Za wyjściowym okapikiem był już łatwy teren...
Jest w tym coś z poszukiwania, wyznaczania linii, pracy twórczej.

M: I co dalej? Jakie masz jeszcze plany? Podobno już się nawisiałeś i namarzłeś.
J. M.: Jutro idę na Giewont. Trawy są rozmrożone i nie wiem, co z tego wyjdzie. A idę, jak by to powiedzieć, zarobkowo.
Mam mnóstwo planów dotyczących nowych dróg, nowych rozwiązań i prób nowych odhaczeń. Szaleńczy pomysł miał Kacperek, który zadzwonił do mnie i proponował zrobienie Superścieku. Ja się do tego dwa razy przymierzałem i jakoś nie udało się zrobić. Chodzi o to, by ten pierwszy portal zrobić klasycznie — dry tooling — jest to możliwe. Ale to będzie bardzo trudne.
Chciałbym mieć 10 dróg na Kazalnicy zimą — mam dziewięć na razie, bo jedną z nich robiłem dwa razy. Chciałbym zrobić Wielkie Zacięcie i Superściek. Trzymają mnie na dole bardzo przyziemne sprawy, jak utrzymanie się.
Na lato nie mam żadnego pomysłu, aczkolwiek mam kilka zimowych. Czekają Magiczne kamyczki VII, Chochołowski dentysta VII+ i jeszcze jakieś tam. Moja droga Licho nie śpi ma tylko jedno powtórzenie, została przygotowana. Ma trzy nity na czterdziestu metrach, ale tam też można dokładać swoją asekurację. Przepiękna droga — jesteś w okapie na dziabach, klinujesz je całe i wychodzisz potem w pionowe trawy. Coś nieprawdopodobnego! Nie wspinanie, tylko bajka!
Jak się uda, to latem wybiorę się znów do Norwegii; mam ochotę na  Filar. Chłopcy stamtąd zadzwonią do mnie, jak będzie pogoda.
Ale ostatnio mam coraz mniej czasu. Tu przychodzą klienci, kursanci... naprawdę mam mało czasu dla siebie.

M: Rok 1989 — co się dla Ciebie zmieniło wraz z upadkiem komuny?
J. M.: Jestem bardziej spokojny o siebie. Wtedy bardzo się bałem, bo byłem osobą źle postrzeganą. Mój brat był drukarzem „Robotnika”. Wokoło było wielu milicjantów, donosicieli... Nie mogli wejść w nasze środowisko, bo byliby natychmiast rozpoznani. Nie mogli wsadzić żadnego informatora w nasze towarzystwo, które stało jednak troszeczkę wyżej, niż ta cała hołota.

Myślałem, że będę żył w pięknym kraju, a jest coraz gorzej, jest tragiczny język i architektura. Oprócz szkolenia pracuję też na, jak to nazywam, „wygibusach integracyjnych”. Mam tam do czynienia z ludźmi wykształconymi, którzy pracują w biurach, szefują różnym, wielkim firmom. Ich poziom jest żałosny! Nie wiem, może to powoduje alkohol, może są pijani cały czas, ale oni nie potrafią mówić. Język jest ekstra super zajebisty... W zasadzie odmieniając to ostatnie słowo na różne sposoby, możesz wyrazić wszystko. Nie mówię już o przekleństwach!

By dzisiaj przyszpanować, musisz mieć albo nieprawdopodobną wiedzę, albo inteligencję. Lub naprawdę coś fajnego wymyślić — by zaistnieć. Te wszystkie pierdoły, które są teraz wymyślane, to śmieszne popłuczyny. Ludzie za wszelką cenę chcą się pokazać. Te programy na żywo — tragedia!!! To jest nieautentyczne — Bary, Big Brothery... Co oni tam mówią, co to są za ludzie... Ale potem okazuje się, że to jest przykład dla społeczeństwa, dla młodych.

Ogólnie jest mi bardzo przykro, że ten świat tak bardzo poleciał za tym pieniądzem, reklamą, komercją. Z jednej strony to dobrze, bo żyje się lepiej, ale w polskim wykonaniu kapitalizm jest przykry i smutny.

Jestem estetą i bolą mnie te tragiczne trójkąty budynków, te góralskie chałupy, budowane bez proporcji... Zresztą sami górale śmieją się, że to są szubienice. I w zasadzie ten najpiękniejszy z zakątków świata staje się pośmiewiskiem. Ja na starość będę organizował wycieczki śmiechu — będę podjeżdżał pod takie domy i będziemy się śmiać. I będę jeszcze zbierał za to pieniądze. Marcin Francuz robił zdjęcia tych najbardziej brzydkich i śmiesznych domów — tragicznych nieporozumień architektonicznych.

Jest też ciężko, bo wiele osób mojego pokolenia przesiąkło dawnym myśleniem. Często zupełnie nieświadomie... Walczymy już przecież tyle lat z PZA i tą kartą taternika. Sądzę, że będzie lepiej, byle tylko ten naród był bardziej mądry i mniej oglądał telewizji.

M: Czy nie masz ciągotek politycznych? Może burmistrz Zakopanego lub własna partia?
J. M.: Byłem kiedyś na takim spotkaniu, gdzie mój szkolny kolega bredził. Pytano mnie, czy nie zostałbym radnym z Unii Wolności. Po jednym spotkaniu byłem przerażony! Oni mówią innym językiem, nadają na innym poziomie. Pytano mnie, co ja chciałbym zrobić, ja wskazałem na tę tragiczną architekturę. Popatrzono wtedy na mnie, jak na człowieka niespełna rozumu, więc poszedłem do domu. Co ja miałem im tłumaczyć, zrobić wykład o proporcji trójkąta i prostokąta w budownictwie? Może projekty są i dobre, a górale je zmieniają? Ogólnie panuje bezguście. To, co w latach międzywojennych było brzydkie i wyśmiewane, w tej chwili jest piękne. To co nie ma proporcji, a zostało już wybudowane, nigdy nie będzie piękne. Ale są na szczęście wyjątki.

M: Jak postrzegasz z Twojego miejsca wspinanie w Polsce?
J. M.: Ja uważam, że jestem człowiekiem wolnym i będę respektował mądre prawo. Ale jeśli prawo wymyślają ludzie, którzy chcą się wykazać, że są potrzebni, a prawo jest do dupy, to... W komunie nie respektowałem pewnych czy większości rzeczy, tak w tej chwili nie respektuję prawa, które wymyślili ci, co nie mają w ogóle pojęcia o wspinaniu. Nie widziałem żadnego naukowego opracowania o wpływie wspinaczki na Tatry Zachodnie. Zrozumiała jest sprawa ekologii — nie śmiecić, nie brudzić... W mojej szkółce wszyscy sprzątamy każdą dolinkę, którą podchodzimy. Nie mogę się zgodzić, by leżał jakiś obcy materiał, nie pasujący do Tatr. Przyszłość powinna być taka — Tatry są piękne — ludzie powinni się wspinać, bo to buduje wolę i charakter. Czym lepsze będą jednostki, tym lepszy będzie naród.

Zakopane przecież mogłoby żyć ze wspinania. A w dalszym ciągu wspinanie w tym miasteczku jest złą koniecznością. Przewodnicy, których szkoliłem, wspinają się, bo muszą. Z wyjątkami oczywiście... GOPR–owcy wspinają się, bo to wypada i powinno się zaliczyć parę wspinaczek. Jest nas paru szaleńców, którzy kochają to, co robią. I tych paru przewodników z prawdziwego zdarzenia.

M: Podobno dobrze szkolisz...
J. M.: Szkoląc ludzi, zakładam, że będę robił biwaki. Jedną z najtrudniejszych dróg jaką robiłem z klientem oraz moim pomocnikiem, wielkim talentem, Zbyszkiem Zającem — był Łapiński na Kazalnicy. Tam mieliśmy założony biwak. Ja najchętniej bym oczywiście wrócił i nie robił tego, ale dla klienta zrobiliśmy go, by się nauczył... Chyba w ogóle wprowadzę w zimowe kursy i szkolenia obowiązkowe biwaki, które będą ludzi psychicznie ustawiały na przyszłość. Jak coś złego się stanie, to znaczy, że można zostać w tych górach i przeżyć nawet tragiczne rzeczy.

Wielu młodych umierało — tak było na grani, paręnaście lat już temu. Dwójka chłopaków z Zakopanego poszła na narty i złapali jakieś załamanie pogody, gdzieś w okolicach Doliny Chochołowskiej. No i jeden nie przetrwał. Szczerba wiem, że przeżył, a Alek Kłak — nie! Zresztą świetnie go znałem, wspinałem się z nim. On, mam wrażenie, nie przeżył, bo nie był psychicznie nastawiony, że da radę... Jak chłopak mający dziewiętnaście lat, no gdzie — mężczyzna, nie może przeżyć jednej nocy w górach? To znaczy, że psychicznie siadł kompletnie — nie było łóżeczka, ciepłej pościeli — nie wyobrażał sobie, że to przetrwa i umarł — na własne życzenie.
Czasami szkoląc wypinam się z liny i idę za wspinającym się kursantem, sprawdzając jego sprzęt. Czuję się na tyle pewnie, że wiem, że nic mi się nie stanie.

Chociaż miałem ostatnio nieprawdopodobną przygodę, na jednej drodze, może niezbyt trudnej, takiej IV+ lub V-. Wszystko dzieje się w pionie, no w każdym razie w bardzo stromym terenie. Pierwszy wyciąg kursant przeprowadził bardzo ładnie. A na drugim, jak osadził pierwszy punkt, to kazałem mu na siebie poczekać. Doszedłem do niego, pomogłem mu osadzić asekurację. On jeszcze wrzucił coś w trawy i poszedł do góry. Walczył powyżej w kominku, chciał jeszcze dorzucić tricama... W pewnym momencie mówi, że leci! A sytuacja wygląda tak: ja jestem poniżej, ze dwie długości ciała, jakieś 4 – 4,5 metra, nie jestem wpięty do liny, bo brałem pod uwagę, że jak poleci, to mnie porwie za sobą. Miałem solidnie wbite dziaby i stałem o własnych siłach. Do czekanów zawsze mam przypięte takie smyczki, wpięte też do uprzęży. I on wylatuje — na szczęście w pozycji horyzontalnej, tak, że rakami był ustawiony do góry. Gdyby ktoś to obserwował z boku, to by powiedział, że trenowaliśmy ten numer latami. Ja wystawiam ręce, łapię go za korpus, on mnie zaczyna wyginać do tyłu. Siła jest tak duża, że nie mogę go utrzymać, bo w ogóle to chciałem go złapać. Lekko puszczam go za siebie, on przelatuje przeze mnie i ląduje głową na drzewku, do którego się przyasekurował. Ja w tym czasie robię półsalto i zawisam na swoich dwu czekanach; on odbija się od drzewka i bezpiecznie ląduje dwa metry niżej, wyhamowany już przez partnera. Może to i było niebezpieczne, ale taka historia się zdarzyła. Taki gag możemy sprzedawać odpłatnie! (śmiech)Potem mu oczywiście pokazałem błędy jakie zrobił: nie stanąłeś na nodze, wbiłeś czekany w rozmrożone miejsce, źle przyasekurowałeś się no i...

M: I kończymy już... Jakie pytanie zadałbyś sam sobie?
J. M.: Czy to jest miłość, czy to jest kochanie?

M: Serdecznie dziękuję Ci za obszerny wywiad!


Rozmowa została przeprowadzona 17 kwietnia 2002.
Dziękuję Magdzie Knop za pomoc w korekcie tekstu.

Podziel się    
Dni Lajtowe są świętem ludzi gór, cyklicznym spotkaniem wszystkich członków i sympatyków Polskiego Klubu Alpejskiego. Tak naprawdę, klubowicze czekają na festiwal cały rok. Jest to jedna z niewielu okazji, aby spotkaæ siê w tak dużym gronie i podsumować dokonania Klubu z całego sezonu. Naturalnie magnesem są też nasi wspaniali goście, których w tym roku również nie zabraknie. »
Projekt i wykonanie: HotelPRO © Wszelkie prawa zastrzeżone Polski Klub Alpejski 2012